REKOLEKCJE WADOWICE 22-24.10.2010 – o.Benedykt B.OCD

DS 22-24.10.10-modl-1h
Czym jest modlitwa?

Czym jest modlitwa? Modlitwa to otwarcie się człowieka na Boga. Modlitwa jest tym lepsza, im głębsza jest nasza wiara: im lepsze jest nasze życie – pełne zaufania Opatrzności Bożej, Jego Miłości i Miłosierdziu, pełne służby bezinteresownej bliźniemu. Ale z drugiej strony, aby życie było dobre, potrzebna jest człowiekowi dobra modlitwa. Bez niej coraz mniej stać człowieka na prawdziwą miłość. Jezus sam często się modlił i podkreślał wielokrotnie, że modlitwa jest każdemu człowiekowi nieodzownie potrzebna.

Każda modlitwa powinna być dla człowieka uciszeniem, uspokojeniem przed Bogiem. Powinna być spojrzeniem pełnym zachwytu dla Jego piękna, miłości, potęgi i mądrości. Może to być nasze otworzenie się na Boga wtedy, gdy przerażeni, zmartwieni, przygnębieni, zatroskani prosimy Go gorąco o spełnienie czegoś, co jest dla nas bardzo ważne, na czym nam bardzo zależy. I prosimy Go o ratunek, o ochronę, o zdrowie, pracę, egzamin, życie domowe – to mogą być nasze problemy albo problemy naszych najbliższych. Może to być otworzenie się na Boga, gdy radośni dziękujemy za otrzymane łaski, za spełnione nasze prośby i błagania, za pomoc i opiekę, za osiągnięcia i uratowanie od nieszczęścia. Albo gdy jeszcze oszołomieni Jego mądrością, potęgą, pięknem, wspaniałomyślnością, która choćby na moment nam się odkryła, mówimy Mu słowa naszego uwielbienia. Albo gdy pełni skruchy, pokory, żalu i gotowi do zadośćuczynienia przepraszamy Go, żeśmy od Niego odeszli, że życie nasze nie było zgodne z Jego wolą, żeśmy dopuścili się krzywdy przeciwko ludziom. Wtedy modlitwa jest również spojrzeniem na siebie Jego oczami, aktem samokontroli.

I tak modlitwy możemy podzielić na: uwielbienia, przeproszenia, dziękczynienia i prośby. Każda angażuje całego człowieka: jego uczucia i wolę, nie jest wyłącznie aktem intelektualnym. Modlitwa ma rozmaite formy. Może być prywatna – osobista i publiczna – społeczna. Każda modlitwa chrześcijanina – nie tylko społeczna, ale nawet najbardziej prywatna – nie jest prywatna w sensie świeckim. Modlimy się do Ojca z Chrystusem – to Chrystus modli się z nami do swojego Ojca.

Rodzajów prywatnej modlitwy jest wiele. Może być słowna: mówiąc ją można posługiwać się formułami od kogoś zapożyczonymi albo stworzonymi przez siebie. Może być cicha, głośna, śpiewana. Może być rozważaniem, medytacją nad prawdami wiary świętej. Może być bezsłowna – jako trwanie w obecności Boga. Po pierwsze, można modlić się tekstami przez kogoś ułożonymi. Powtarzamy je uznając za swoje. Wśród takich modlitw najdroższa jest Ojcze nasz, którą ułożył nam Pan Jezus. Oczywiście nie jesteśmy w stanie za każdym razem wypowiedzieć ani tej, ani żadnej innej z całym zaangażowaniem, w całej naszej wewnętrznej prawdzie. Przecież jednak za każdym razem coś z niej stanie się nasze, wyrazi nas – wypowiemy przez nią samych siebie.

Druga w hierarchii czcigodności to Zdrowaś Maryjo. Ona na pozór ma inny charakter. W niej, choć oddajemy cześć Matce Najświętszej, w gruncie rzeczy wielbimy Boga samego, który z miłości ku nam Syna swojego nam dał, aby nas ratował od zła. Składanką z tych dwóch modlitw jest różaniec. Z tym, że w tej modlitwie Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo ma znaczenie pomocnicze. Monotonna recytacja tych świętych tekstów pomaga nam się skupić, uspokoić, znaleźć się w obecności Boga, a główną treścią modlitwy jest rozważana jedna z piętnastu tajemnic życia Jezusa i Maryi.

Innymi modlitwami – wciąż jeszcze ustnymi – są litanie. Przykładem klasycznym – Litania Loretańska. Jest to zbiór poetyckich tytułów nadanych Matce Najświętszej przez kogoś w średniowieczu, które powtarzamy biorąc je za swoje i nimi zwracamy się do Niej.

W modlitwie prywatnej są z kolei modlitwy słowne, które sami tworzymy. I te są najwartościowsze. Chociażby tamte były słowami ułożonymi nawet przez największych świętych, chociażby były słowami anielskimi albo nawet samego Pana Jezusa. Bo te są najbardziej autentyczne, najbardziej nasze – najbardziej modlitwy. Czasem takie modlitwy wypowiadamy ustami, głośniej lub ciszej. Ale to czasem. Przeważnie pozostają w pokładzie myśli. I mówimy do Pana Boga myślami swoimi. A w zasadzie nawet nie myślami, ale całym sobą. Jak to czasem mówi się: całą swoją duszą.

Kolejną formą modlitwy prywatnej jest rozważanie. Zaczyna się od powolnego czytania tekstów religijnych. Może to być Pismo święte; przede wszystkim Ewangelie, ale również inne części, choćby psalmy Dawidowe, listy świętego Pawła, np. jego Hymn o miłości, dzieła pisarzy religijnych, poezja religijna dawna i współczesna. Następnym krokiem jest czytanie z przestankami: kiedy człowiek uderzony jakąś prawdą, która mu się odsłoniła, zatrzymuje się przy niej i trwa tak chwilę, żeby potem iść z tekstem dalej. Przykładem takiej modlitwy jest droga krzyżowa. Rozpamiętujemy 14 wydarzeń Jezusa idącego ku swojej śmierci. Każde z nich przedstawione jest albo tekstem Ewangelii, albo opisem autora, z którego tekstów korzystamy. Do pomocy mamy często obraz ilustrujący to wydarzenie. Najważniejsza jest nasza medytacja nad tym, co wtedy się stało, a co przez nią uobecnia się w nas.

Dalszym stopniem jest posłużenie się jednym zdaniem czy fragmentem zdania, aby skupić się nad nim. Powoli, prawie niepostrzeżenie, to już przestaje być „myśleniem o” a staje się „myśleniem Nim”. Dochodzi do identyfikacji człowieka ze zdaniem, które przeczytał – z prawdą, którą odkrył. Jeszcze krok a dochodzi do zjednoczenia człowieka z Bogiem, który mu się ukazał w kształcie tej prawdy.

To już jest następna forma modlitwy: kontemplacja. Można się posługiwać jeszcze jakimiś zdaniami czy słowami pomocniczymi, np. powtarzaniem: Ty jesteś Ciszą, Ty jesteś Pięknem, Ty jesteś Pokojem; kocham cię, Boże; albo: stwórz we mnie serce czyste; daj mi być razem z Tobą na zawsze. To są jeszcze słowa pomocnicze na to, aby zaistnieć przed Bogiem. Potem już nie potrzeba żadnych tekstów, żadnych słów, żadnych wyobrażeń, nie trzeba nic słyszeć, nic mówić, na nic patrzeć. Jest to już tylko trwanie przed Bogiem, które staje się coraz bardziej trwaniem z Bogiem – aż żeby przejść do zjednoczenia się z Nim.

Jest rzeczą charakterystyczną, że Kościół wypracował nie tylko rozmaite rodzaje modlitw, ale rozmaite rodzaje zachowań. Takim jest klęczenie. Innym jest złożenie rąk. Tak pierwszy jak i drugi nie jest wcale gestem czysto chrześcijańskim. Zostały zapożyczone ze starych religii świata. W ostatnich latach na wspólnych modlitwach grup modlitewnych spotkać można wzniesione ręce do góry. Te i tym podobne ruchy są jak najbardziej uzasadnione. Człowiek postawą wyraża to, co się w nim dzieje. Z drugiej strony postawa pomaga człowiekowi się skupić. Religie Wschodu zalecają w modlitwie przyjmowanie pozycji lotosu: postawa siedząca z nogami skrzyżowanymi i z dłońmi na kolanach, z na wpół przymkniętymi oczami.

Odrębną formą modlitwy słownej jest pieśń religijna, względnie piosenka. Ktoś „śpiewa sobie”, tak jak „gra sobie” na gitarze, flecie czy innym instrumencie. Pieśń religijna jest ważna na zasadzie pełniejszego uczestniczenia w modlitwie całego człowieka, a nie tylko jego sfery duchowej. Jest to ważne już w modlitwach głośnych, gdy człowiek siebie samego usłyszy jako wyznającego prawdy wiary, jako opowiadającego się za Chrystusem.

Jeszcze inny aspekt tego przeżycia występuje podczas śpiewu pieśni religijnych w grupie. W tym wypadku wchodzimy w nowy wymiar modlitwy: w modlitwę społeczną. Przez nią wypowiada się człowiek w tym właśnie innym swoim wymiarze. Bo przecież nie jesteśmy tylko pojedynczymi samotnikami, ale tworzymy społeczność. Potrzebujemy siebie nawzajem pod każdym względem i to w życiu tzw. praktycznym jak i kulturalnym, również i religijnym. Stąd konieczność, potrzeba, a nawet obowiązek wspólnej modlitwy.

Fenomenem charakterystycznym dla tej sprawy jest powstawanie wciąż nowych pieśni i piosenek religijnych zwanych młodzieżowymi. To jest tylko potwierdzenie faktu, że nowe pokolenia się modlą i chcą się modlić wspólnie, i tę swoją modlitwę wyrażają również w takiej formie, pozostawiając poza sobą stare, dawne pieśni.

Kolejnym krokiem na płaszczyźnie modlitwy społecznej jest pielgrzymka do miejsc świętych. W niej wypowiada się człowiek w jeszcze pełniejszej formie. Podczas pielgrzymki wiele się dzieje: jest tu wspólna głośna modlitwa, wspólne śpiewy, teksty do rozważania, poezja religijna. Ale charakterystyczny jest tu marsz do miejsca świętego; marsz, któremu są nadawane treści zbawienne i intencje specjalne. Jednak najważniejsza jest wspólnota pielgrzymkowa, która w miarę upływu czasu coraz bardziej się kształtuje i pogłębia.

Inną formą modlitwy społecznej jest liturgia. Stanowi bogaty zbiór wypowiedzi człowieka w wymiarze społecznym. Grupa liturgiczna ma przewagę nad np. grupą pielgrzymkową, choćby przez to, że trwa, powraca w każdą niedzielę na Mszę świętą o tej samej godzinie, prowadzoną przez tego samego księdza. A poza tym jest po prostu bogatsza. Doznania rzeczywistości Bożej ogarniają nas całych. Słowo Boże dociera do nas tekstami Pisma świętego Starego i Nowego Testamentu, jak i kazaniem. Również wtedy, gdy je śpiewamy albo gdy słyszymy jak są śpiewane.

Oprócz tego Słowo Boże dociera do nas przez ruchy, czynności, takie jak: żegnanie się krzyżem świętym, przekazywanie sobie znaku pokoju, wstawanie na Ewangelię, klękanie na Podniesienie, wreszcie przez przyjęcie Komunii świętej. Oddziałuje na nas wystrój kościoła. Oddziałuje muzyka organów. A przede wszystkim akcja, która się dzieje przy ołtarzu. Zaprzeczeniem uczestniczenia w liturgii jest człowiek, który przyszedłszy do kościoła na Mszę świętą zamyka oczy i zamyka uszy, i zaczyna się modlić na różańcu czy też inną prywatną modlitwą.

Trzeba się uczyć modlitwy. Również i rozmaitych form modlitwy. A do nauki należą niepowodzenia i trudności, przezwyciężanie ich, dochodzenie do coraz lepszych wyników. Sprawą bardzo ważną jest, aby nie ograniczać się do jednej czy paru form modlitwy z wykluczeniem innych. Oczywiście, każdy człowiek powinien sobie znaleźć sposób mu najbliższy, ten który mu najbardziej odpowiada, ale nie powinien na nim kończyć, lecz korzystać z całej palety możliwości rozmaitych form modlitewnych, żeby się rozwinąć w doskonałego człowieka, pamiętając o tym, że ze wszystkich jego działań modlitwa jest najważniejsza. Bo mu dopomaga, by się nie zagubił w rozlicznych zajęciach, jakie go absorbują, aby Bóg był dla niego zarówno celem, do którego dąży wszystkimi pracami domowymi i zawodowymi, wszystkimi dniami i latami, jak i aby On stał się treścią jego poczynań, motywacji, intencji, dążeń, aby z Nim się coraz bardziej jednoczył.

Powinna istnieć równowaga pomiędzy pracą a modlitwą. Życie nie może się zamienić w odmawianie pacierzy ani nie może się zamienić w produkcję. Gdy zaginie modlitwa, zagubi się człowiek, bowiem zgubi istotny motyw swojej pracy. Gdy zaginie praca, człowiek nie wypełni tego, do czego go Bóg powołuje – służby człowiekowi. Istnieje ścisłe powiązanie modlitwy z życiem – im lepiej potrafimy się modlić, tym lepiej potrafimy żyć. Uczciwe życie jest niewątpliwym wynikiem dobrej modlitwy. Ale funkcjonuje również sprzężenie zwrotne: tym lepiej potrafimy się modlić, im lepiej potrafimy żyć. Głęboka modlitwa jest niewątpliwym wynikiem dobrego życia. W pewnym sensie możemy do modlitwy zaliczyć każdy czyn, który jest podyktowany miłością, sprawiedliwością, który jest bezinteresowną służbą drugiemu człowiekowi. Bo to przecież też jest otwarcie się na Boga, który jest Miłością i Sprawiedliwością. W tym sensie można rozumieć sformułowanie: trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać.

Modlitwa. Bez niej nie zbliżymy się do Boga. Człowiek nie może rozeznać właściwej drogi. W modlitwie naszej nie może być improwizacji. Wręcz przeciwnie, muszą być pewne zasady. Modlitwa musi nas wprowadzić do życia wewnętrznego, duchowego.
Zasady modlitwy

Mówiłem wczoraj, że modlitwa musi nas wprowadzić do życia wewnętrznego, duchowego. Frederick Faber pisze, że „Między życiem duchowym a życiem światowym zachodzi widoczna różnica, który swe źródło ma głównie w modlitwie. Gdy już ktoś raz pod słodkim wpływem łaski odda się życiu modlitwy, niebawem nabiera ona takiej nad nim mocy, iż przemienia go w zupełnie nowego człowieka, który – przekonawszy się, że modlitwa jest jego życiem – w końcu modli się nieustannie. Jego życie staje się nieustanną modlitwą. Nieustanną – nie w znaczeniu różnych sposobów i postaci myślnej lub ustnej modlitwy, lecz nieustanną, jako pewna postawa wewnętrzna, mocą której wszystkie jego czynności i cierpienia zewnętrzne stają się żywą modlitwą”.

Ojciec Leon Knabit pisze: „Po-szczególne tak zwane ćwiczenia duchowne, najpierw są raczej trudnym obowiązkiem, aż stają się niepo-strzeżenie duchowym oddechem, samym życiem w bezpośredniej bliskości Boga i w pewnej z Nim jedności. Trwa, więc wciąż walka o życie w jego najpełniejszym wyrazie”.

Jak się modlić? Mówiłem, że modlitwa musi nas wprowadzić do życia wewnętrznego, duchowego. To jest pierwsza i największa zasada. Pozostałe to: czytanie duchowe, wyrzeczenie zewnętrzne i wewnętrzne, oraz życie w obecności Bożej. Przypatrzmy się bliżej tym trzem zasadom.

Bez lektury (czytanie duchowne) nie jest możliwy postęp w modlitwie wewnętrznej, człowiek koncentruje się na samym sobie. Objawia się postawa egoistyczna. Nie ma wtedy w sercu Pana Boga. Czytanie duchowe ma nam dodać odwagi. Wnikamy w tajemnicę, którą wcześniej poznali mistycy i święci. My korzystamy z ich doświadczeń. W czytaniu duchowym nie chodzi o poznanie intelektualne. Trzeba się wgłębić sercem w objawienie Boże. Serce nasze otwiera się na działanie Ducha Świętego.

Człowiek wgłębia się w to, co jest już znane. Potrzeba jest wgłębienia się w te prawdy, które Pan Bóg chce nam objawić. Trzeba przyjmować prawdy sercem. Jest to dar Boży. Najważniejszą lekturą jest Pismo Święte. To właśnie powinna być nasza codzienna lektura. Lektura, która ma nam pomóc odnaleźć modlitwę i życie wewnętrzne. Musimy otwierać się na nie.

Pan Bóg mówi do nas przede wszystkim poprzez Pismo święte. Bóg daje nam wszystko, co chcielibyśmy usłyszeć. To, co mówi do nas, zawarte jest w Piśmie świętym.

Pan Bóg mówi, że ja jestem tym człowiekiem, o którym mówi opis ewangeliczny, ale nie tylko Ewangelie. Musimy nieustannie pamiętać, że w Piśmie świętym każde zdanie, każdy zwrot, każde słowo – ma swój sens i dotyczy nie tylko tych sytuacji opisanych w starożytności. Każde to zdanie, czy zwrot dotyczy nas, tu i teraz żyjących. W Drugiej Księdze Samuela są takie słowa: „Natan oświadczył Dawidowi: «Ty jesteś tym człowiekiem»” (2 Sm 12, 7). Te słowa proroka Natana powinny ciągle brzmieć nam w uszach: „Ty jesteś tym człowiekiem!”

Spotykamy nieraz ludzi przewrażliwionych na punkcie swojej osoby, albo obrażonych. Ci ludzie w każdym zdaniu – dobrym czy złym, które do nich wypowiadamy odczytują jakąś negatywną aluzję pod adresem swojej osoby. Jak pies ma wyczulony węch – bo ma 10 tysięcy razy lepszy węch od człowieka – tak ci ludzie, jak pies wyczuwają, czy doszukują się jakiejś negatywnej aluzji.

„Ty jesteś tym człowiekiem!” Nieraz w Ewangelii Jezus gromi faryzeuszów – od razu przychodzi nam myśl – no, to odnosi się oczywiście do innych ludzi, może do mojego sąsiada, który jest taki faryzejski. A Jezus mówi do mnie: Ty jesteś tym człowiekiem. Mówię: Ja? Panie, bez przesady, gdzie, ja faryzeuszem? I tak mówi do nas Pan Jezus na modlitwie. A zatem – najważniejsza lektura to Pismo święte, gdyż tam Pan Bóg do nas mówi.

Musimy pamiętać, że Łaska Boża rozwija nasze wnętrze. Łaska Boża potrzebuje otwarcia się człowieka. Jeśli czytanie duchowe będzie dla nas ważne, to zawsze znajdziemy na nie czas. Wymaga to opanowania różnych zapędów, które mogłyby nas od czytanki duchowej odwodzić czy ją uniemożliwiać. Człowiek musi wybierać to, co jest dla niego ważniejsze: albo żyje z Bogiem, albo bez Niego.

Drugą taką zasadą jest wyrzeczenie się siebie. Święta Teresa od Jezusa mówi, że wygodne życie nie może iść w parze z modlitwą. Zamiast Pana Boga stawiać w centrum, my często stawiamy siebie. Kiedy coś w nas umiera, to umiera wszystko, co zamyka nas na Pana Boga. Nie możemy otworzyć się na Pana Boga, jeśli jesteśmy pochłonięci sobą lub czymś. W człowieku najpierw musi umrzeć egoizm. Jeśli on nas pochłania, nie możemy mówić o życiu wewnętrznym. Człowiek uwolniony od siebie, jest otwarty na działanie Ducha Świętego. Człowiek uwikłany w ten świat, nie może być otwarty.

Święta Teresa i święty Jan od Krzyża twierdzili, że największym wyrzeczeniem jest wyrzeczenie sercem (w swoich myślach i wyobraźni). To znowu wymaga umierania wewnętrznego. Ile jest spraw niepotrzebnych w naszym życiu. Te sprawy trzeba zamienić na myśli Boże. To, co jest niepotrzebne, należy zastąpić tym, co jest Boże.

Najtrudniej jest jednak oddzielić się od siebie, bo wszyscy jesteśmy bogaci sobą! Nie tylko od siebie, ale i nasze uważamy za nietykalne. Mało jest ludzi, którzy by nie byli przywiązani do siebie, do swych rzeczy materialnych i rzadko mówią tak jak Hiob: „Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione” (Hi 1, 21). Mało jest ludzi takich, którzy by sobie nie cenili swoich zalet; zdrowia, urody, zdolności, sławy, znaczenia. A przecież zapominamy o tym, że Bóg może bogacza z torbą puścić a ubogiego z gnoju wyprowadzić i na krześle posadzić. (por. Łk 1, 52-53; Ps 113, 7-8).

Najwięcej jest jednak ludzi, którzy cenią sobie przywiązanie nie tylko do swojego zdania i opinii, ale do skóry i przyjemności swojej i najwięcej się złoszczą, gdy naruszy się tego bożka, czyli tę lalkę swojego „ja”. W Księdze Hioba jest opisane, jak szatan drugi raz chciał na próbę wystawić Hioba i wtedy odbyła się druga rozmowa szatana z Bogiem. I wtedy:

„Szatan odpowiedział Panu: Skóra za skórę. Wszystko, co człowiek posiada, odda za swoje życie. Wyciągnij, proszę, rękę i dotknij jego kości i ciała. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył” (Hi 2, 1-5). No i Hiob nie złorzeczył, chociaż nie było mu łatwo.

Świat mówi, że my musimy osiągnąć sukces. A sukces w rozumieniu Ewangelii to jest krzyż.

Świat mówi: Ja takiego sukcesu nie chcę. Ale jeżeli idziemy za Jezusem Chrystusem, to dochodzimy do tajemnicy krzyża, by w niej odkryć sens miłości i perspektywę naszego życia, żeby z krzyża czerpać siłę i radość.

Bardzo ważna jest nasza gotowość. Jeśli czegoś pragnę, a to się nie spełnia, trzeba to po prostu przyjąć. Tak musi być. Ja to przyjmuję i nie narzekam. Żyć zasadą nie-narzekania. Wyrzeczenie się w swoim sercu (wyrzeczenie się siebie). To również zależy od tego, jak przywiązujemy się do swoich pragnień. Jeśli natomiast się nie przywiązujemy się do nich, to łatwiej nam to przyjąć. Można to porównać do litanii pokory. W niej właśnie wyrażamy swoją gotowość.

Kolejna zasada – to życie w obecności Bożej. Jest to jeden z warunków. Trwanie w obecności Bożej. Trzeba sobie pozwolić, by modlitwa rozciągała się na cały dzień i we wszystkich obowiązkach. Np. zakochani. Zakochanie się w drugim człowieku. Jedna osoba myśli o drugiej, kiedy jej nie widzi. A czy ta druga osoba w tym momencie też o niej pamięta? Człowiek zakochany w Bogu, kiedy myśli o nim, to jest świadomy, że Pan Bóg też o człowieku myśli. Bóg jest blisko tu i teraz. Przebywanie w obecności Bożej na tym właśnie polega. Jeśli kocham Pana Boga to cały dzień w myślach tę miłość będę wyrażał.

Nie można być uczniem Chrystusa, nie naśladując Go modlącego się. Wiara i modlitwa są bardzo mocno powiązane ze sobą. Jeśli rozwija się wiara, rozwija się modlitwa, która jest bezinteresowna. Przykładem tej modlitwy jest modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu (Mk 14,36) – „Abba, Ojcze, wszystko dla Ciebie możliwe: oddal ten kielich ode mnie, lecz nie co ja chcę, ale co Ty”. Modlił się z trwogą. Przeważnie bywa tak, że nasza modlitwa zamyka się na tej pierwszej części. Nie prosimy o to, co trudniejsze, lecz o to, co łatwiejsze.

Potrzebne jest całkowite poddanie. Musimy prosić Boga o jeszcze więcej. Pan Bóg takiej modlitwy nie odrzuci, nie pozostawi bez odpowiedzi. Każda taka modlitwa zostanie przez Boga wysłuchana. Sama postawa Pana Jezusa mówi nam o tym. Pan Jezus modlił się na pustyni, modlił się w nocy. Dokonywał cudów, uzdrawiał, a nie brakowało Mu siły. Przychodzili do Jezusa w związku z modlitwą. Ludzie tej modlitwy bardzo potrzebowali. Jeśli modlitwa będzie na pierwszym miejscu, będzie dla nas najważniejsza, to nasze kontakty z ludźmi naprawdę będą owocne.

Nie możemy aktywności pracy przekładać nad sprawy Boże (aktywizm). Bo może być tak, że będziemy pracować dla Boga, ale bez Boga. Ten aktywizm ujawnia się nam wtedy, kiedy bardzo chcemy być chwaleni, błyskotliwi, kiedy to ludzie mówią o nas, szczycą się nami. Jeśli ten aktywizm nie będzie postawiony na fundamencie modlitwy, to bardzo szybko w nas przeminie. Pan Bóg pragnie, abyśmy mogli oderwać się od swojej rzeczywistości. Im więcej pracy, tym więcej potrzeba modlitwy. Nasza wiara jest mała i nie możemy sami podołać wszystkiemu.

Nie można dzielić się Panem Bogiem, jeśli w sercu Boga nie ma. Jeśli się otworzymy na duchowość treści, wtedy tracimy wszelkie iluzje swojej doskonałości. Jest to wielka łaska. Wszystko zależy od Pana Boga. Pan Bóg tego pragnie i dlatego nam tę łaskę daje. My potrzebujemy Pana Boga. Dla nas stworzył świat i człowieka. Nie ma ważniejszej audiencji od spotkania z Bogiem. Pan Jezus mówi: „Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Już się na nic nie przyda, tylko na wyrzucenie”. I tak jest z nami, jeśli przestaniemy się modlić.

Każdy człowiek, kiedy zatrzyma się w życiu modlitewnym, wtedy się cofa. Trzeba wzrastać w modlitwie. Autentyczne, owocne działanie rodzi się w modlitwie. Od modlitwy się wszystko rozpoczyna. Co wielkie jest w oczach Boga, rodzi się z modlitwy i z wiary. Prośmy Matkę Bożą, by pomagała nam być człowiekiem modlitwy bezinteresownej, modlitwy z Ogrodu Oliwnego.

Niewysłuchane modlitwy

Zniechęcenie w modlitwie dopada każdego i to z różnych powodów. Szczególnie mocno czujemy się zniechęceni wtedy, gdy wydaje się nam, że nasze modlitwy, zanoszone od dłuższego czasu do Boga, nie są wysłuchiwane. Jak się nie poddać temu uporczywemu i bolesnemu odczuciu? Czy zaprzestać modlitwy prośby?

Marcel Nguyn Tan Van – wietnamski brat redemptorysta, który w wieku 31 lat zmarł w komunistycznym więzieniu napisał kiedyś do ambitnego młodzieńca zbyt przewrażliwionego na swoim punkcie: „Zniechęcenie jest jakby dotknięciem brudną ręką twarzy samego Boga. Oznacza, że uznajemy, iż już nic więcej nie może On dla nas uczynić. Wszelkie niepokoje, które się budzą w naszej duszy, są wołaniem Boga, który przypomina nam o konieczności modlitwy i szczerego zaufania. Wszystko sprowadza się do dwóch słów: zaufanie i miłość. Stosuj je w życiu, a zawsze będziesz żył w pokoju serca”.

Właściwie pychą jest nie prosić Boga o nic i nie oczekiwać niczego od Niego. Bardzo wyraźnie mówi o tym Pismo Święte w Księdze Izajasza: „Pan przemówił do Achaza tymi słowami: «Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze!». Lecz Achaz odpowiedział: «Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę». Wtedy rzekł Izajasz: «Słuchajcie więc, domu Dawidowy: Czyż mało wam naprzykrzać się ludziom, iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu?»” (Iz 7, 10-13). Achaz nie chce się Panu Bogu naprzykrzać, ale tak naprawdę Bóg oczekuje od niego prośby, mówi: „Proś Mnie, człowieku”.

Należy jednak rozróżnić zwykłą prośbę, którą kieruję do Boga, od modlitwy błagalnej. Kiedy zwracam się do Boga z prośbą, zazwyczaj proszę o coś, co należy do porządku ziemskich rzeczy, a co jest dla mnie w pewien sposób nieosiągalne. Doświadczenie własnej niemocy każe mi szukać tego dobra u Najwyższego Boga, którego wszechmoc uznaję. Staram się wtedy sprowadzić Pana Boga do swojego poziomu, proponuję Mu, by spojrzał na moją prośbę z mego punktu widzenia. Ale to nie jest doskonała modlitwa.

W odróżnieniu od niej, modlitwa błagalna należy już do porządku Bożego, nie jest zwykłą prośbą, ale modlitwą, która ze swej istoty jest jednoczeniem się z Bogiem i Jego wolą. Gdyby Pan Jezus w trwodze konania w Ogrójcu mówił tylko: „Oddal ode Mnie ten kielich”, byłaby to tylko prośba modlitewna. Ale ponieważ powiedział: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22, 42), uczynił prośbę modlitwą błagalną. Dopiero wtedy Boga uznaję za Boga, gdy modlę się tak jak Pan Jezus w Ogrójcu: „Ty, Ojcze, wiesz lepiej, czy potrzebuję tego, o co proszę”. Modlitwa błagalna wynosi mnie na poziom Boga i jednoczy z Jego wolą.

Ograniczając się w modlitwie jedynie do formułowania życzeń i próśb, nie wychodzę poza siebie, traktuję Boga jako przedłużenie mojej zbyt krótkiej ręki. Jedna z sióstr dominikanek opowiadała o przyjaciółce, z którą korespondowała. Dziewczyna ta była od lat sparaliżowana i cały czas spędzała przykuta do łóżka. W swoich listach rozważała m.in. problem modlitwy. Zastanawiając się, co to znaczy, że Pan Bóg wysłuchuje modlitwę, tak oto pisała: „Bóg zawsze wysłuchuje dobrej modlitwy, a dobra modlitwa to nie jest technika, ale modlitwa o dobro. Jednakże Bóg nie daje mi nigdy tego, o co proszę, lecz doskonałość tego, o co proszę. Często jeszcze nie wiem, jaka jest ta doskonałość, jestem krótkowzroczna. I wysłuchanie, które daje mi Pan, prowadzi do wewnętrznej przemiany. Modlitwa nie zmienia Boga, ona zmienia mnie. Ale może lepiej jest trwać bez tego, o co proszę, i pokornie czekać na łaskę przemiany. Bo Bóg widzi moje wysiłki, moje braki, moje pragnienia i nie pozwoli mi zagubić się na wieki”.

Pan Jezus w Ogrójcu modlił się doskonałą modlitwą i został wysłuchany. W Liście do Hebrajczyków czytamy, że „Jezus z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił (…) gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości” (por. Hb 5, 7). Ale jak został wysłuchany? Czy oszczędzono Mu krzyża? Otóż nie. Jego błaganie wypełniło się przez zmartwychwstanie, a nie przez uniknięcie śmierci. Bóg daje mi zawsze doskonałość tego, o co proszę.

Zdarza się czasami, że niewysłuchane modlitwy są świadectwem Bożego miłosierdzia bardziej niż te wysłuchane. Paradoksalnie, Bóg w swoim miłosierdziu chroni mnie przed niektórymi moimi modlitwami. Pewien rabin powiedział kiedyś: Bóg ukarałby mnie najciężej, gdyby spełnił każdą moją prośbę. Ja sam jestem wdzięczny Bogu, że mnie nie wysłuchał, kiedy modliłem się o dobrą żonę. Myślę, że potencjalna żona również powinna być wdzięczna Panu Bogu, tyle że nawet nie wie, jak bardzo ją oszczędził…

Jest też modlitwa wstawiennicza. Pan Bóg bardzo pragnie, abyśmy takie modlitwy zanosili z innych. Bo straszna to tajemnica, że zbawienie jednych ludzi zależy od modlitw i ofiar innych ludzi. Popatrzmy na Pismo święte – ileż tam jest takich obrazów. W Psalmie 106 są słowa: „Postanowił ich wytracić, gdyby nie Mojżesz, Jego wybraniec: on wstawił się do Niego, aby gniew Jego odwrócić, aby ich nie zniszczył”. A wcześniej jest modlitwa Abrahama za Sodomą o Gomorą.

Właśnie, Bóg tak nas stworzył, żebyśmy sobie wzajemnie pomagali i jedni drugich chronili przed złem. I nie gdzie indziej, ale w Piśmie Świętym Bóg skarży się na to, że nie znajduje nikogo, kto by powstrzymał Jego karzącą rękę: „I szukałem wśród nich człowieka, który by wystawił mur [przeciwko Mnie] i stanął w wyłomie przede Mną, by bronił tej ziemi i przeszkodził Mi w jej niszczeniu, a nie znalazłem takiego” (Ez, 22, 30).

To się nazywa modlitwa wstawiennicza. Pismo święte mówi: „Brat, który wspomaga brata jest jak miasto warowne”. To znaczy, że mamy się nawzajem wspierać modlitewnie.

Przecież dzisiaj i nieraz nawet głęboko wierzący rodzice zapominają o tym, żeby codziennie modlić się za swoje dzieci. Może częściej modli się proboszcz za swoich parafian, ale zapewne trudno by nam było spotkać nauczyciela, który modli się za swoich uczniów, albo dziennikarza modlącego się za swoich czytelników lub słuchaczy.

Modlitwa wstawiennicza przybiera niekiedy postać walki. Święty Paweł w Liście do Kolosan pisze: „Rodak wasz, Epafras, zawsze walczy za was w modlitwach, o to, abyście stali mocno, doskonali w pełnieniu każdej woli Bożej… Chcę, abyście wiedzieli, jak wielką walkę toczę o was” . Z kim walczył podczas swoich modlitw Epafras i Paweł? W żywotach świętych można znaleźć wiele przejmujących opisów takiej walki z Bogiem o zbawienie grzeszników.

Jak to? Czyżby Mojżeszowi, Pawłowi, czy choćby nawet Matce Najświętszej bardziej zależało na zbawieniu grzeszników niż samemu Panu Bogu?

Najpierw jednak musimy sobie uświadomić dwie prawdy. Po pierwsze, Bóg jest Miłością i zawsze miejmy to za dogmat, że Jemu bardziej zależy na naszym dobru niż nam samym. Zatem jeżeli niekiedy przybiera postać naszego „wroga” to niewątpliwie również wówczas zależy Mu na naszym dobru. Po wtóre, ilekroć jakieś stworzenie autentycznie ujmuje się za naszym dobrem, zawsze ostatecznym źródłem tego jest Boża miłość do nas. Krótko mówiąc, to kochający ludzi Bóg uzdolnił i poruszył Mojżesza do tego, żeby „walczył” z Nim o przebaczenie dla grzesznego ludu.

Orędownictwo świętych w niebie oraz modlitwa wstawiennicza zanoszona przez przyjaciół Bożych dopiero dążących do zbawienia – jest konsekwencją tego, że są oni naprawdę przyjaciółmi Bożymi. Bo być Bożym przyjacielem, to znaczy cierpieć z tego powodu, że ktoś znajduje się poza Bożą wspólnotą, poza Bogiem.

Może być i tak, że modlitwa nie zostaje wysłuchana, ponieważ brakuje nam wytrwałości, za mało nam zależy na dobru, o które prosimy. Jest taka piękna przypowieść o wytrwałości w modlitwie. Pewien starożytny król miał dwie żony. Jedną kochał bardzo, a drugą tak zwyczajnie. Gdy przychodzi do niego z prośbą ta zwyczajnie kochana żona, od razu otrzymuje wszystko, czego zapragnie. Kiedy jednak przychodzi żona szczególnie ukochana, król gra na zwłokę, celowo przedłuża rozmowę, byle tylko pobyła z nim jeszcze trochę dłużej. Ta opowieść ilustruje bardzo ważną prawdę o modlitwie: kiedy czasami bardzo długo czekam na wysłuchanie moich próśb i bardzo cierpię z tego powodu, ważne jest, abym pamiętał o miłości Boga do mnie. Bóg kocha nieskończoną miłością i ofiarowuje mi o wiele więcej niż oczekuję. A modlitwa nie zmienia Boga, tylko przemienia moje serce.

Przeszkody w modlitwie

Jest pięć przeszkód naszych wymówek na naszej drodze do dobrej modlitwy. Oczywiście te pięć przeszkód nie wyczerpuje tego tematu. Ich jest znacznie więcej. Ojciec ciemności, ojciec kłamstwa, cały czas pracuje nad nami, abyśmy nie dochodzili w naszej relacji do spotkania z Bogiem na modlitwie. On robi wszystko, abyśmy jak najmniej poznali siebie, to, kim jesteśmy, jakie mamy zadania jako chrześcijanie i w którą stronę mamy iść z tymi zadaniami, by rzeczywiście zrealizować swoje powołanie.

Kiedy sięgniemy do Księgi Wyjścia to każdą z tych relacji możemy znaleźć, jaką Bóg podejmuje z Mojżeszem.

Pierwszą taką przeszkodą, żeby nie rozpocząć takiej owocnej, dobrej modlitwy – to jest nasze mniemanie o samym sobie. My mówimy tak jak Mojżesz (Wj 3, 11) „A Mojżesz odrzekł Bogu: «Kimże jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu?»” Ja nie jestem nikim specjalnym. Dlaczego miałbym, wchodzić w kontakt z Panem Bogiem? Dlaczego Pan Bóg miałby akurat do mnie przemawiać? Dlaczego miałbym mieć relacje z Panem Bogiem, skoro jestem taki zwykłym człowiekiem, niczym się nie wyróżniającym, żyjącym sobie na uboczu. Mam swoje sprawy, swoje problemy. I ta przeszkoda paraliżuje nas do tego, byśmy nie wchodzili w miłość. Ulegamy temu, skoro nie jesteśmy nikim specjalnym, nie mamy jakichś wielkich darów, charyzmatów, no to gdzie nam do jakiejś głębokiej modlitwy. Jest to ogromne kłamstwo złego ducha, bo w oczach Bożych mamy wielkie znaczenie.

Kiedy prześledzimy Stary i Nowy Testament, to widzimy nieustanne słowo Boga wypowiadane do nas, że wyrył nas na obu swoich rękach. „Oto wyryłem cię na obu dłoniach, twe mury są ustawicznie przede Mną” (Iz 49, 16). Jezus Chrystus dało sobie ręce przybić do krzyża za mnie, za to, żebym ja miał życie. Tyś moim – mówi Bóg. A w Księdze Ozeasza Bóg mówi: Oto przytulam cię do mojego policzka. Jesteś jak niemowlę, które biorę w swoje ręce. Widzimy wtedy, kim my naprawdę jesteśmy.

Kiedy zajrzymy do Księgi proroka Jeremiasza, czy Izajasza „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą” (Iz 54, 10). Choćby mnie opuścili ojciec mój i matka, to jednak Pan mnie przygarnie” (Ps 27, 10) – mówi Pan. Wszystko się zmienia. Wszystko się zmienia, rzeczywistość zmienia się dookoła nas, ale miłość Boga jest niezmienna.

Nie jestem nikim specjalnym – wypowiadamy to słowami Mojżesza – to kłamstwo demona. Panie Boże, ja się na to kłamstwo nie zgadzam! Nasza modlitwa jest często monologiem. My nie dajemy czasu Panu Bogu, żeby do nas mówił, bo my nie wierzymy w to, żeby w ogóle Pan Bóg chciał do nas coś powiedzieć.

Człowiek ze swej natury jest istotą złożoną, który łączy w sobie dwa światy. Przede wszystkim jest dziełem Boga, od którego wziął początek i do którego winien dążyć jako do celu ostatecznego. Dlatego jesteśmy kimś specjalnym dla Boga. Bóg pokazuje nam ten cel, pokazując nam, kim jesteśmy przed Nim samym.

Druga przeszkoda – kiedy już mamy się spotkać z Bogiem – mówimy – co ja Bogu powiem. Powielamy błąd Mojżesza. Kim mam być? W formacji Wspólnoty Szemenech jest takie rozdzielenie dwóch aspektów naszych relacji do Boga. Ta wspólnota działa na całym świecie, a wywodzi się z Francji, całą swą duchowość opiera na dwóch płaszczyznach. Pierwsza płaszczyzna to poznawanie tego, co jest w moim życiu dziełem Boga i dzieło dla Boga. Bardzo często stajemy przed Panem Bogiem jako ci, którzy chcemy coś dla Pana Boga zrobić. Stąd bierze się nasza pobożność, nasze dobre uczynki, nasze różnego rodzaju akcje, nasze zaangażowanie mniejsze lub większe. I okazuje się, że, jeżeli robimy coś dla Pana Boga, owoce tego działania są albo bardzo małe, albo wcale ich nie ma. Bo jest to robienie czegoś dla Pana Boga.

Problem tkwi w tym, że my przed Panem Bogiem bardzo często nie jesteśmy w stanie stanąć po, żeby Pan Bóg robił w nas swoje dzieło. W wymiarze praktycznym polega to na tym, że w każdej sytuacji. W każdej sprawie, którą podejmujemy – powinniśmy pytać, czy tej sprawy chce od nas Pan Bóg. Może się okazać, że wchodzimy do ciemnego pomieszczenia i idziemy i nieustannie potykamy się o jakieś przedmioty i mamy pretensje do pana Boga: Panie Boże, dlaczego Ty mnie tak prowadzisz? Dlaczego jest mi tak źle w tym prowadzeniu. Możemy nieustannie stawiać zarzuty Panu Bogu – dlaczego tak się dzieje. A Pan Bóg, jeślibyśmy zaczęli Go słuchać, powiedziałby nam jedno: Słuchaj, a dlaczego idziesz po ciemku? Dlaczego nie zapalisz światła? No, Panie Boże, nie wiedziałem, że jest światło.

Dzieło Boga, a dzieło dla Boga. Jeżeli staję do modlitwy i jeżeli proszę, aby Bóg czynił we mnie więcej, aniżeli ja rozumiem, niż ja pojmuję, niż mogę nawet wymyśleć w najlepszy sposób, to odkrywam, że Bóg będzie mnie prowadził w konkretne sytuacje. Będzie mi dawał konkretnych ludzi, którzy ze mną będą podejmować to, co podjąć należy w określonym czasie i w określonym miejscu.

Dzieło Boga we mnie to jest postawa Marii na modlitwie. Maria nie krzątała się koło placków tak jak Marta – a Jezus powiedział, że Maria wybrała najlepszą cząstkę, której nigdy nie będzie pozbawiona. Marta chciał w swej aktywności więcej, niż Jezus chciał od niej w tym momencie. Dzieło Boga, a dzieło dla Boga. Co ja robię, co ja powiem na modlitwie? Nic nie musisz robić, nic nie musisz mówić. Po prostu: Bądź! (Proboszcz z Ars i modlący się wieśniak w kościele. Ja patrzę na Jezusa, a Jezus patrzy na mnie).

Jeżeli moja modlitwa ma być dobrą modlitwą, muszę znaleźć czas na to, żeby nie robić nic. Alesandro Pronzato mówi: „Popatrzcie na piasek, na wydmy. Całe te tony piasku leżą, a kiedy zawieje wiatr, przenosi je z jednego miejsca na drugie”. My jesteśmy często aktywistami, często biegniemy, żeby coś zrobić, czego zupełnie nie chce Pan Bóg. Nie martw się – jeżeli Bóg powołuje cię do jakiejś misji, to da ci ludzi, da ci pieniądze, da ci sposób działania, da ci pieniądze, wszystko ci da, a nawet więcej – ty zrób tylko jedno – uwielbiaj Go. Pan Bóg przez usta Natana mówi do Dawida: „Dałem ci dom twojego pana, a żony twego pana na twoje łono, oddałem ci dom Izraela i Judy, a gdyby i tego było za mało, dodałbym ci jeszcze więcej” (2 Sm 12, 8). Stań na modlitwie, wznieś ręce i powiedz: Panie, jestem prochem, jestem niczym.

Użyj mnie! Jeżeli jest to twoje dzieło, a jeżeli nie, to po co ja mam się zabijać? Mam robić coś przeciw Tobie? Bez sensu. Okazałoby się, że walczę z Tobą. Robię dzieło dla siebie na swoją chwałę! Panie, zobacz, jak jestem porządny. Dlaczego błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty nakazał swoim siostrom tyle czasu poświęcać na modlitwę. Żeby nie utonęły w aktywności, żeby robiły to, co Bóg chce.

Nieraz ktoś mówi: Co ja Panu Bogu powiem? Jak powiem swoje słowa, to może Go obrażę, może to będą takie słowa, jak nie powinno być. Dziecko przed kochającym Ojcem się nie boi. Wie, że nic nie może już zepsuć, bo i tak wszystko popsuło. Święty Józef Sebastian Pelczar mówi, że chrześcijanin całe swoje życie wewnętrzne i zewnętrzne układać według woli Bożej objawionej przez Chrystusa w Kościele, aby w swoich myślach, słowach i czynach stał się podobny do Niego.

Na tym właśnie polega życie chrześcijańskie. Jak to się wpisuje w życie modlitwy. Stać się podobnym do Jezusa. A jak ja cierpię, jak ja nic nie mówię na modlitwie. Jak bardzo cierpiał Jezus w Ogrójcu, kiedy doznawał takiego trudu na modlitwie. Czy my chcemy uciec od tego? Czy nasza modlitwa ma być dla nas obżarstwem duchowym. Tak się pomodliłem, że już lepiej się nie dało. A jak się tak nie pomodliłem, jak bym chciał, to nie wiem, czy Pan Bóg mnie wysłuchał, czy Pan Bóg był zadowolony z mojej modlitwy. Nie czułem dzisiaj, że mam pójść do kościoła i nie poszedłem. Skoro czujesz, że nie czujesz, to i tak czujesz. A że nie czujesz, jak byś chciał, czy nie chciał czuć, to już jest twój problem.

Bóg dokonuje w nas dzieła z nami, nawet wtedy, gdy nie czujemy. Życie wewnętrzne i zewnętrzne opiera się na decyzji. Bo istotą wiary jest decyzja. Jeżeli ja decyduję się na relacje z Bogiem, to ja nie muszę stawać na uszach, nie muszę kombinować, nie muszę szukać nadzwyczajności. Jak bardzo cierpiała siostra Faustyna Kowalska, gdy miała takie różne iluminacje. My byśmy może tak chcieli, i ludzie by patrzyli na nas, jak na dziwaków. Często nie wiemy, o co prosimy. Życie wewnętrzne, twoje życie wewnętrzne, wynikające z decyzji, którą podejmujesz, jest kształtowane przez twoją zewnętrzność. Człowiek prawdziwie ewangelizowany, czyli ten, który przyjął Dobrą Nowinę do swojego serca, do swojego wnętrza, żyje duchem Jezusa Chrystusa, mentalnością Jezusa Chrystusa – to człowiek, który nieustannie podejmuje decyzje wiary, niezależnie od tych wszystkich emocji, które mu towarzyszą i zamienia tę decyzję wiary podjętą w sercu na konkretne uczynki, wprowadzając Chrystusa w poszczególne płaszczyzny swojego życia. Od sfery religijności, poprzez sferę seksualności, poprzez relacje społeczno-ekonomiczne, polityczne, gospodarcze.

Święty Paweł mówi: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia” (Rz 10, 9-10). Wyznać ustami – to jest czynność zewnętrzna. W sercu uwierzyć – to jest decyzja wiary. Wtedy osiąga się zbawienie, bo sercem przyjęta wiara – czyli decyzja – wiara w to, co objawił mi Bóg, prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej – czyli konsekwencja wynikająca z decyzji prowadzi do zbawienia. A więc chodzi o to, aby podejmować decyzję w sercu i potem ją wyrażać na zewnątrz.

Trzecia przeszkoda. Jak w rozwoju sił fizycznych i umysłowych wyróżnia się trzy okresy – wiek dziecięcy, młodzieńczy i dojrzały – tak w życiu duchowym można wyróżnić trzy stopnie, które teologowie nazywają trzema drogami – to jest droga oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. To jest to coś, co przeżywamy w życiu modlitwy na przestrzeni naszego rozwoju jako ludzi. Ale tak naprawdę te trzy drogi mieszają się ze sobą. Nie ma tak, że skończył się etap oczyszczenia, a teraz zaczyna się etap oświecenia a potem zjednoczenia.

Mojżesz, kiedy spotykał się z Panem Bogiem – to zarzucał Panu Bogu – „A jeśli nie uwierzą i nie usłuchają słów moich, mówiąc, że Pan nie ukazał mi się wcale?” (Wj 4, 1) – to był jego brak wiary. Jeśli zakładamy, że nasza wiara nie przechodzi nieustannie rozwoju, jeżeli nie ma w naszym życiu tego, co nazywamy dezintegracją pozytywną, to rzeczywiście mamy się czego obawiać. Człowiek w życiu duchowym, w przestrzeni modlitwy, w przeżywaniu relacji – jest zaproszony do tego, żeby widzieć, jak Bóg przeprowadza w nim ten proces duchowego rozwoju, w którym on umiera, umiera stary człowiek, by mógł się rodzić nowy człowiek.

Kiedy w mieszkaniu nie mieszczą się meble, rodzina się rozrasta, zięć się sprowadził, rodzą się dzieci, zaczyna się robić ciasno – i jeżeli jest możliwość podniesienia dachu – to ta rodzina zrywa dach dobudowuje piętro i dom robi się większy. To jest dezintegracja pozytywna – czyli zniszczenie czegoś, żeby coś nowego mogło zafunkcjonować. Bóg tak naprawdę robi to cały czas w nas. Bóg i w modlitwie i przez drugiego człowieka wyprowadza nas z tego etapu oczyszczenia, że my się odrywamy od czegoś, że pozostawiamy swoje schematy myślenia, że się od tego odrywamy, co jest dla nas ważne. On to wszystko nam pokazuje i rozświetla, by wprowadzić na w to smakowanie Jego obecności, pokazać nam, co On może nam dać. Prowadzi nas do tego, co święty Jan od Krzyża nazywa zaślubinami z Bogiem – czyli takim przeżywaniem relacji z Bogiem, że człowiek już niczego nie potrzebuje. Człowiek jest tak pełen Boga, że jego serce jest spokojne, bo spoczęło w Bogu. Człowiek w swoim wnętrz przeżywa Królestwo Boże.

Nasze modlitwy bywają często pełne iluzji i oszustwa. My chcemy Pana Boga wciągnąć w nasze gry. Modlitwa nie jest po to, żeby Pan Boga przekonać. Modlitwa jest po, żebyśmy się my zmienili. Modlitwa to stawanie wobec mądrości Pana Boga, wobec świata Pana Boga, wobec mentalności Pana Boga, wobec tajemnicy Jego Opatrzności. Przychodzę do Pana Boga z szeregiem moich żądań, potrzebuję tego, tego, tamtego… Patrzę na Boga, patrzę na Chrystusa na krzyżu – warto się modlić prze Chrystusem na krzyżu, zanim przedstawimy Panu Bogu nasze żądania. On jest przybity do krzyża, a my chcemy, żeby nam było dobrze i bezproblemowo. Wielu ludzie – jeśli są uczciwi – przyszliby do Pana Jezusa, popatrzyli na krzyż i się zawstydzili. To jest modlitwa. To jest wejście w Jego świat. Modlitwa nie polega na tym, że my wciągamy Pana Boga w różne nasze gry. My się zmieniamy na modlitwie. „Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem i przyszedł na mnie duch mądrości”. Bóg często nie daje nam tego, co chcemy. Najczęściej nie daje nam ryby, daje nam wędkę.

My się na to nie chcemy zgodzić, na żadną dezintegrację pozytywną. Jeżeli spotykamy trudnego człowieka w naszym życiu – to o co my się modlimy – żeby on się nawrócił, a nie modlimy się o własne nawrócenie, byśmy mogli go przyjąć takiego, jaki jest. W nas się nie dokonuje to, czego chce Jezus. A Jezus czeka, abyśmy pełnili Jego wolę. Jezus czeka aż opadną wszelkie sposoby, które wymyślamy na nas samych w naszej pracy nad sobą, abyśmy się stali bankrutami – abyśmy wreszcie powiedzieli: Boże, nic nie mogę zrobić! Tylko Ty możesz we mnie coś zrobić, czego ja zrobić nie mogę. Rób to Boże, bo ja już nie mogę ze sobą. Żeby wybrzmiało w nas to, że najchętniej będę się chlubił z moich słabości, żeby we mnie zamieszkała moc Chrystusa. Wtedy dopiero Bogu rozwiązujemy ręce i może zacząć w nas działać. Jeżeli ja zacznę kochać kogoś kto dla mnie jest problemem, to już więcej być nie może.

Modlitwa ma nas prowadzić w taką głębię spotkania – do zjednoczenia. Każdy z nas ma swoją drogę. Nie ma dwóch identycznych dróg do świętości. Każdego człowieka Pan Bóg prowadzi oddzielną drogą i nie możemy się z nikim porównywać. Bóg kocha nas za nic! Nasza miłość, jeśli to przyjmiemy jest wynikiem odpowiedzi na tę miłość.

Czwarta przeszkoda w życiu modlitwy. Święty Sebastian Józef Pelczar pisze: „Jeżeli jednak z twojej strony nie braknie dobrej woli i modlitwy, Bóg sam będzie cię wspierał, umacniał tak, że jak orzeł wzbijesz się na wyżyny, które dziś wydają ci się niedostępne”. Bóg sam będzie robił w tobie to, czego ty robić nie możesz. Bóg chce w nas robić więcej, niż my możemy pomyśleć, czy zrozumieć. Warunek jest jeden – otwartość na Jego dzieło w nas i posłuszeństwo w tym, co On chce w nas zrobić. Bóg daje nam pragnienia, których nie możemy zrealizować, abyśmy mogli Mu je ofiarować. Kiedy człowiek to Bogu ofiaruje, często przestaje to pragnienie być problemem. Wynika to ze stawania w prawdzie przed Bogiem.

Piąta przeszkoda. Co jest najgorsze na modlitwie? Kiedy Bóg przekonał już Mojżesza do jego zadania, Mojżesz powiedział. Ja i tak nie pójdę. I to jest najgorsze. Jeżeli Bóg daje nam argumenty, żeby za Nim iść, daje nam odpowiedzi, jak mamy to realizować, a ja mówię – i tak nie pójdę, nie wejdę w głębię modlitwy, nie chcę spotkania z Tobą – to Bóg jest bezradny. Nikt nie może w nas zrobić za nas tego, co my mamy zrobić wzglądem pana Boga. Święty Augustyn powiedział: „Stworzyłeś nas, Panie, bez nas, ale nie możesz nas zbawić bez nas”. A święty Proboszcz z Ars mówi o 99 krokach Boga do nas – to w tej decyzji jednego naszego kroku w kierunku Boga wyraża się cała tajemnica naszego spotkania z Bogiem. Święty Józef Sebastian Pelczar tak pisze: „Bądź wierny Bogu, nie tylko w rzeczach wielkich, ale i w małych. Mężnie dźwigaj krzyż życia i oddaj się Bogu całkowicie, całkowicie woli Bożej. Nie odmawiaj Bogu żadnej ofiary, jakiej od ciebie zażąda”.

Modlić się nieustannie

„Trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać” (Łk 18, 1).

Tymi słowami chciał nam Pan Jezus powiedzieć, że modlitwa jest nam tak potrzebna jak powietrze, jak pokarm. Bez pokarmu, a zwłaszcza bez powietrza, nie moglibyśmy żyć ani dnia. A przecież dusza jest ważniej-sza od ciała, bo jej życie się już nigdy nie skończy. Chrystus nigdy nie przesadza, nigdy nie rzuca słów na wiatr. „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nigdy nie przeminą” (Mt 24, 35).

Co chciał Jezus powiedzieć mówiąc: „Zawsze się modlić trzeba, a nigdy nie ustawać ?” Że modlitwa jest jak ten pokarm dla ciała, o który mo-dlimy się codziennie: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”(Mt 6, 11). Na innym miejscu powiedział Chrystus: „Moim chlebem jest pełnić Wolę Ojca”(J 4, 35. I pełnił tę Wolę Ojca nie tylko przez czyny, lecz także przez co-dzienną, serdeczną rozmowę z Ojcem. Często całe noce spędzał na mo-dlitwie, a przed Męką modlił się tak intensywnie, że aż krople potu spły-wały mu z czoła.

Jezus nie potrzebował się modlić, bo sam był Bogiem, ale modlił się jako człowiek, a także aby uzmysłowić ludziom, jak bardzo konieczna jest ta czynność w oczach Bożych. Bez oddychania nie sposób żyć. Bez kar-mienia się modlitwą nie można oddychać Bogiem, otwierać się na Jego działanie, przyjmować Jego łaski. Bez łaski nie można osiągnąć życia wiecznego. Kto z Bogiem nie rozmawia na ziemi, nie może być przygo-towany do dialogu z Nim w niebie.

Do tych ludzi, którzy z Bogiem nie rozmawiali na ziemi, powie Jezus na Sądzie Ostatecznym: „Nie znam was”(Mt 25, 12). Dziecko, które na ziemi przestało rozmawiać ze swoimi rodzicami, po prostu przestaje być dzieckiem, staje się kimś obcym, nie należącym do rodziny. Jakże wytłumaczy się człowiek przed Bogiem na Sądzie z za-niedbania modlitwy? Że nie było czasu? Że były ważniejsze sprawy do załatwienia?

Wtedy usłyszy z ust świętego Michała Archanioła te słowa „Któż jak Bóg?” Któż był ważniejszy w twoim życiu? Drugi człowiek? Pieniądz? Ciało? Telewizor? Samochód? Rozrywka? Alkohol? Seks? I tak można by dłu-go wyliczać sprawy, które bez reszty angażują człowieka i nie pozwalają mu uklęknąć do codziennej porannej i wieczornej modlitwy, do pójścia do kościoła, do wzniesienia myśli i serca do Boga. Ale przecież żadna z tych wymówek nie może usprawiedliwić człowieka z zaniedbania tego, co najważniejsze: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł?” (Mk 8, 36)

„Trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać”. Chrystus wypowiadając te słowa wiedział, co mówi. Człowiek, który nie pozwoli się przeniknąć duchowi modlitwy, prędzej czy później zostanie opanowany przez ducha tego świata: przez ducha pychy, egoizmu, chciwości, nieczystości, nienawiści itd. „Człowiek dwom panom nie może służyć” (Łk 16, 13). Albo Panem naszym będzie Bóg, albo zapanuje nad nami „książę tego świata”, który nie ma nic wspólnego ze służeniem Bogu.

Człowiek musi wybierać, komu chce służyć, komu chce zadedykować swoje życie. Spotykamy się z ludźmi całkowicie zanurzonymi w docze-sności, opanowanymi przez pieniądz, seks, karierę. Spotykamy także tych, którzy zaprzedali dusze duchowi ciemności, nienawiści, wrogości wobec Boga i Kościoła. „Poznacie ich po ich owocach” (Mt 7, 16). Człowiek, który zerwał więź z Bogiem, jest zdolny do największych zbrodni przeciw Bogu i ludzkości. Kto nie jest zwrócony ku Bogu, ten siłą rzeczy zwraca się ku pie-kłu, które z wolna zaczyna nosić we własnym sercu.

Dlatego Chrystus w Ogrójcu upomina uczniów: „Módlcie się, aby-ście nie wpadli w pokuszenie”(Mt 26, 41). Modlitwa odrywa nas od piekła, od ciele-sności, od „światowości”, od tej całej siły ciążenia ku ziemi, ku złu mo-ralnemu. Modlitwa oczyszcza atmosferę naszej duszy, spala w niej to, co grzeszne, oziębłe, światowe, co niebezpieczne dla naszego zbawienia. Modlitwa napełnia nas nową treścią, nowym życiem, nowym tchnieniem. Tym tchnieniem jest sam Duch Święty, Trzecia Osoba Trójcy Przenaj-świętszej. Gdzie panuje Duch Boży, tam musi ustępować duch tego świa-ta i duch zły.

Dlatego nie wystarczy odezwać się do Boga rano i wieczorem, rzucić niejako ochłap modlitwy Panu Bogu, by potem przez cały dzień mieć spokój. W ten sposób nigdy nie osiągniemy ducha modlitwy, jakiego nam życzył sam Chrystus: „Módlcie się, a nigdy nie ustawajcie”. Nie ustawać w modlitwie, znaczy przenieść ją do wszystkich innych czynności dnia, przepoić nią nasze prace i cierpienia, nasze kontakty z ludźmi i światem. Chrześcijanin jest przeznaczony do oddychania modlitwą, jak płuca są przeznaczone do oddychania powietrzem.

Chrześcijańska duchowość bez modlitwy gorliwej, wytrwałej, ufnej i ogarniającej całe życie człowieka, figurą bez kształtu, jest formą bez treści; może nawet piękną formą – ubraną w sztukę muzyczną i architektoniczną, dostojne rytuały, wzniosłe słowa – ale niestety pozbawioną ducha, Ducha Bożego…

Pewien stary proboszcz powiedział kiedyś, że duchowość bez modlitwy jest jak sacharyna, słodzik, którego używają diabetycy: wprawdzie daje chwilowe uczucie słodyczy, ale nie krzepi.

Gdy słabnie modlitwa, słabnie wiara, a wzrasta podatność na grzech. Prosper z Akwitanii żyjący w V wieku mówił: Lex orani lex credendi. To znaczy prawo modlitwy jest prawem wiary- czyli jak się człowiek modli, tak wierzy.

Bóg jest z nami zawsze i wszędzie, od rana do wieczora, nigdy nas nie spuszcza ze swoich oczu, nigdy nas nie zostawia sierotami. Dlatego i my, jako Jego dzieci, musimy być z Nim nieustannie razem, Nim żyć, oddychać, promieniować, spełniając jednocześnie wszystkie obowiązki, jakie na nas nałożył Bóg. Obserwowaliśmy Jana Pawła II, jak on nieustannie zanurzony był w modlitwie, skupiony na Bogu, którego w sobie nosił, speł-niając równocześnie tysiące czynności, jakie na niego nakładał Urząd Piotra naszych czasów.

Modlitwa chrześcijanina jest jak tchnienie ogromnej przepaści bez dna. Psalmista mówi: „Głębia przyzywa głębię hukiem wodospadów. Wszystkie Twe nurty i fale nade mną się przewalają” (Ps 42, 8). To znaczy im bardziej wchodzimy w głębię duszy podczas modlitwy, tym bardziej odsłania się przed nami głębia Bożej Tajemnicy.

Frederick Faber pisze:

„Modlić się nieustannie, modlić się zawsze znaczy odczuwać wciąż słodką potrzebę modlitwy, łaknienie modlitwy. Podczas modlitwy łaska staje się oczywistą, niemal dostrzegalną. Nic więc dziwnego, że wraz z nią krzepi się nasza wiara i rozpala miłość. Najboleśniejszą stroną ciężkiej pracy bywa niemożność oddawania się modlitwie oraz znużenie, podcinające nasze siły, zanim nadejdzie czas na modlitwę, albowiem siły fizyczne są bardzo potrzebne, by dobrze się modlić.

Na skutek pociągu do modlitwy wytwarza się w nas zwyczaj stałego poświęcenia pewnych chwil modlitwie myślnej lub ustnej. Ten nawyk stałego zwracania się do modlitwy nie stwarza nie stwarza jeszcze oczywiście sam przez się męża modlitwy. Jednak i Bóg nie ześle swego ognia, dopóki my nie zdobędziemy się na stos ofiarny. Dlatego musimy sobie przyswoić akty strzeliste i mieć pewne westchnienia przygotowane, nie zaniedbując przy tym modlitw samorzutnych, wyrywających się ku niebu w ciągu dnia z naszych gorących serc. Zresztą z czasem wytwarza się w duszy pewne jak gdyby ciążenie myśli ku Bogu, które rodzi się z miłości oraz z ciągłej pamięci o obecności Bożej, na zewnątrz zaś objawia się modlitwą, pochodzącą od prośby do dziękczynienia, od dziękczynienia do uwielbienia, od uwielbienia do wstawiania się za innymi, stosownie do różnych stanów duszy, bez jakiegokolwiek zamieszania czy świadomego wysiłku”.

W modlitwie zdobywamy siły, żeby iść dalej, żeby wykonać do końca to, czego domaga się od nas Pan. A dzie-je się tak zarówno w życiu kapłana czy zakonnicy, jak i mat-ki, ucznia… Dlatego diabeł bardzo stara się o to, żebyśmy porzucili swoją codzienną modlitwę lub odmawiali ją nie-dbale. Święta Teresa z Awili pisze: „Wie bowiem ten zdrajca, że dusza, która trwa na modlitwie, jest dla niego stracona i że wszystkie upadki, które mogą się zdarzyć, pomagają jej później, w dobroci Bożej, dokonać większego skoku w służbie Panu”. Ludzie, którzy znajdowali się blisko Boga, mówili nam o wielkim znaczeniu modlitwy w życiu chrześcijańskim.

Modlitwa jest mocnym fundamentem dla wytrwałości, gdyż „ten, kto nie przestaje zdążać naprzód – poucza Święta Teresa – jakkolwiek późno przychodzi, to jednak przy-chodzi. Zagubienie drogi to nic innego jak zaniechanie modlitwy”. Dlatego powinniśmy się do niej starannie przygotowywać: powinniśmy sobie uświadamiać, że znaj-dujemy się w obecności żywego i uwielbionego Chrystusa, który nas widzi i który nas słyszy, tak jak tych, którzy przy-chodzili do Niego, kiedy przebywał na ziemi w sposób wi-dzialny.

W Księdze Rodzaju czytamy, że „Pan ukazał się Abrahamowi pod dębami Mamre, gdy siedział u wejścia do namiotu w najgorętszej porze dnia. Abraham spojrzawszy dostrzegł trzech ludzi naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył do wejścia do namiotu na ich spotkanie. A oddawszy im pokłon do ziemi rzekł: «O Panie, jeśli darzysz mnie życzliwością, racz nie omijać Twego sługi!»” (Rdz 18, 1-3). Abraham udziela gościny trzem tajemniczym Postaciom, do których zwraca się jako do jednej osoby. Jest to jeden ze starotestamentowych tekstów, które zapowiadają prawdę o Trójcy Przenajświętszej, o Bogu Trójjedynym.

Oto Bóg przychodzi do Abrahama, zasiada przy jego stole w cieniu drzew. Nawiązuje się bardzo zwyczajna i serdeczna rozmowa, nie pozbawiona jednak oznak najwyższego szacunku ze strony Abrahama wobec Gościa.

Co to znaczy, że Abraham siedział u wejścia do namiotu w najgorętszej porze dnia. Najgorętsza pora dnia – jest wtedy, gdy człowiek jest najbardziej znużony, ma najmniejszą ochotę na czuwanie. A Abraham czuwał i wtedy właśnie przyszedł do Niego Pan. Pan Bóg cały czas czeka na naszą modlitwę. Może być tak, że właśnie wtedy, gdy mamy najmniejszą ochotę na modlitwę, Pan Bóg czeka na nas ze swoją łaską, chce nam wyjść na spotkanie.

Jakże inaczej wygląda dzień, w którym ze spokojem, z miłością zadbaliśmy o te chwile rozmowy z Panem słuchającym nas bardzo uważnie! Jaka radość płynie z przebywania z Chrystusem! „Popatrz, jak wiele nieuzasadnionych racji podsuwa ci nieprzyjaciel, byłeś się nie modlił: «Nie mam czasu» – podczas gdy tracisz go usta-wicznie; «To nie dla mnie»; «Mam serce oschłe»… Mo-dlitwa nie polega na mówieniu lub odczuwaniu, lecz na miłości. A kocha się, usiłując powiedzieć coś Panu, cho-ciaż nie mówi się niczego”.

W jakim nadprzyrodzonym stanie utrzymuje się człowiek, który modli się nieustannie. Faber pisze:

„Żyje on jak gdyby na innej planecie niż pozostali ludzie. Inne też jest jego otoczenie – obcuje z Bogiem Jezusem, Maryją, Aniołami i Świętymi. Współżycie z nimi stanowi ukryty mur jego myśli jego myśli i często oddziałuje na jego sposób wyrażania się. Jego dążenia, nadzieje i ukochania nie są te same, co u innych osób. Ilekroć do czegoś się zabiera, zawsze czyni to inaczej niż inni. Inaczej też odbiera swoje sukcesy. Nic go zaiste tak nie różni od człowieka światowego, jak właśnie owo zachowanie się w powodzeniu, przeniknięte duchem nadprzyrodzonym, nieziemskim – duchem tajemnicy Wcielenia.

Jego spojrzenie na świat – mimo całej swej precyzji i jasności – jest niezwykłe, ponieważ patrzy nań oczyma Kościoła i rozsądza wszystkie relacje i odległości między rzeczami zależnie od tego, jak odnoszą się do owego punktu ogniskowego, jakim jest wiara. Jego uczucia są tak skupione, że w oczach najbliższych uchodzi za człowieka bez uczuć, zaś ludzie znający go niezbyt dobrze widzą w nim serce zimne, ogołocone z przyrodzonych uczuć, niewrażliwe na więzy krwi i ciepło ogniska rodzinnego. Zresztą spokojne usposobienie, osiągane dzięki modlitwie, nie sprzyja bynajmniej tym dziełom i osiągnięciom, które cieszą się poważaniem świata, ponieważ sprzeciwia się owej i nieznającej spoczynku gonitwie, przez które się ją osiąga.

Ów wpływ modlitwy uwidacznia się w sądach i ocenie ludzi, zdarzeń i rzeczy, daje się odczuć w mowie, wszystko, przesyca swoim spokojem. Zaznacza się w postępowaniu z innymi i bywa główną przyczyną pozornego braku serdeczności dla nich. Tak się przedstawia obraz człowieka, którego władze, uczucia, a do pewnego stopnia i zmysły, opanował duch modlitwy. Zdawać by się mogło, że jego urok będzie podbijał serca ludzi niczym obecność anioła. Tak jednak nie jest, albowiem jego piękność jawi się dopiero w świetle nadprzyrodzonym. Świat widzi w człowieku modlitwy tylko niezwykłość i nieporadność cudzoziemca, w czym do pewnego stopnia ma słuszność.

Jednak mimo wszystko człowiek ten pozostawia po sobie pewne wrażenie, podobne jak Najświętszy Sakrament u protestantów, gdy niepostrzeżenie znajdą się w jego obecności i śpiesznie odchodzą. Właściwe Bogu i rzeczom Bożym jest bowiem pozostawianie po sobie wrażenia i pobudzanie innych do refleksji”.

Postanówmy sobie nigdy nie opuszczać modlitwy, poświęcać jej możliwie jak najlepszy czas, wybierać na modli-twę jak najlepsze miejsce – przed Najświętszym Sakramen-tem, jeżeli pozwalają na to nasze zajęcia.

Modlitwa myślna i ustna

Frederick Faber pisze o modlitwie myślnej:

„Pisarze duchowi, a niekiedy i Święci, twierdzą, że rozmyślanie jest konieczne do zbawienia, co w pewnym znaczeniu i w pewnych przypadkach może być prawdą. W każdym razie jest rzeczą niewątpliwą, że modlitwa myślna jest konieczna do osiągnięcia doskonałości i że bez niej życie duchowe nie może istnieć. Modlitwa myślna bowiem skupia nas na Bogu, nie tyle przez zgłębianie i dociekanie prawd o Nim, ile raczej przez nakładanie naszej woli do zgody z wolą Bożą i naszych uczuć do miłości Bożej. Jej przedmiotem są dzieła Boga i Jego doskonałości, przede wszystkim zaś święte Człowieczeństwo Chrystus Pana. Długość czasu, jaki należy jej poświęcić, zależy od poszczególnych przypadków; różne też bywają metody jej praktykowania, lecz rzeczą bardzo ważną jest, trwać przy raz obranej metodzie.

Modlitwa myślna będąc już sama w sobie trudną, staje się jeszcze trudniejsza wskutek pokus, które na nią czyhają. Jej uciążliwość przechodzi nieraz wszelkie oczekiwanie i kusi do jej zaniechania. Bardzo często przystępując do rozmyślania, odczuwamy niesłychaną wprost n zdolność do myślenia o czymkolwiek. Jakąkolwiek postawę by nam wówczas zalecono, męczy nas jej jednostajność, gdy zaś zaczniemy wciąż ją zmieniać, opuszcza nas usposobienie do modlitwy. Każdy ruch powoduje nowe roztargnienia, których imię brzmi legion. Cała nasza nadzieja w uczuciowym nabożeństwie, które jednak wciąż nas opuszcza, nawet bez widocznej winy z naszej strony. Choć myśl o zaniechaniu rozmyślania odpychamy ze wstrętem, kusi nas możliwość urządzenia sobie w nim przerwy. Kiedy indziej pokusa podpowiada nam, że waga modlitwy jest niesłusznie przeceniona, i – choć opieramy się chęci zaniedbania modlitwy – dogadzamy naszym kaprysom przez nieprzestrzeganie odpowiedniej na nią pory, za co nieraz drogo płacimy.

Jeżeli chcemy lekarstwa na wszystkie te pokusy, to musimy uważać nasze rozmyślanie za główny element dnia. Musimy poświęcić czytaniu duchownemu, tyle czasu ile nas stać. Musimy być szczerzy, otwarci i posłuszni naszemu kierownikowi we wszystkim, co do niego należy. Musimy stopniowo uniezależniać się od pociech zmysłowych oraz umieć cenić wartość oschłego czy – jak często zwykliśmy mówić – złego rozmyślania.

To, co niesłusznie nazywamy „złym rozmyślaniem” – jest czasem bardzo owocnym. Samo wytrwanie przez dłuższy czas, wyznaczony nam na rozmowę z Bogiem, jest wielkim i bogatym w zasługi aktem posłuszeństwa. Tajemnica, której na pozór nie dało się przeniknąć, w rzeczywistości wsiąkła w nasz umysł i utrzymuje nas podczas dnia w obecności Bożej skuteczniej, niż gdyby to miało miejsce w przeciwnym przypadku.

W ciągu tego rozmyślania zanosiliśmy modlitwy do Boga, co samo w sobie jest czymś wielkim. Uczyniliśmy jakieś postanowienie, mieliśmy sposobność do upokorzenia. Bóg bowiem często nas karci, podobnie jak nauczyciel karci ucznia, byśmy zastanowili się nad naszym postępowaniem i odkryli zapomniane drobne niewierności, za które jeszcze nie odpokutowaliśmy.

Ilekroć więc rozmyślanie „źle” nam pójdzie, zaś my nie odkryjemy przyczyny w naszych błędach, bądźmy pewni, że Bóg w ten sposób realizuje w nas określone zamiary, których spełnienie leży w naszym interesie. Niełatwa to sprawa, umieć ścierpieć samego siebie i swoje niedoskonałości. Przeciwnie – kryje się w tym dużo pokory i postępu w doskonałości.

W tym kierunku powinniśmy wytężyć wszystkie siły, gdyż przebywanie w obecności Bożej, moc nad złym duchem i nad podłymi nałogami, równowaga ducha, zdolność do dźwigania krzyża i wszystko, co możemy sami uczynić dla wytrwania w dobru do końca – to wszystko zależy od modlitwy”.

Mówiłem od modlitwie myślnej. Modlitwa ustna rozbudza i ożywia wewnętrzne nabożeństwo. Daje upust nabożeństwu wewnętrznemu, które w nas wzrasta. Podczas modlitwy ustnej należy uważać na trzy rzeczy, choć może nie wszystkie jednocześnie: najpierw na kolejność i poprawne wymawianie poszczególnych wyrazów, następnie na znaczenie słów, wreszcie na cel, czyli na osobę tego, do którego je zwracamy oraz to, o co prosimy.

Potocznie można rozróżnić 4 rodzaje modlitwy ustnej: 1 – z książką, 2 – bez książki, 3 – za innych i 4 – akty strzeliste. Jeśli podczas modlitwy posługujemy się książką, to dobrze jest nie zmieniać jej zbyt często, lecz modlić się stale z jednej. Odczytywanie modlitw należy od czasu do czasu przerywać, zamykając książkę i rozmyślając nad Bożym słowem. Jeżeli modlimy się bez pomocy książki, niech, przez wzgląd na Boży majestat, nasza modlitwa będzie zwięzła i nie zawiera wielu słów. Starajmy się starannie dopierać słowa i nie obawiajmy się przeplatać ich milczeniem. Jeżeli chodzi o modlitwę za innych – bądźmy ostrożni w obiecywaniu im naszych modlitw.. Nie przeciążajmy się wiecznymi lub rozlicznymi nowennami.

Także określanie z góry czasu trwania modlitwy w pewnej intencji, by następnie ich zaprzestać, jeśli w określonym czasie nie zostaną wysłuchane, jest brakiem należnego szacunku wobec Boga. Należy często ponawiać akty strzeliste. Szczególnie często trzeba się nimi modlić w czasie pokusy. Warto mieć wtedy w pogotowiu pewne wybrane westchnienia.

Można posługiwać się taką apteczką duchową – czyli cytatami z Pisma świętego, kiedy dręczą nas pokusy, kiedy jest nam źle. Oto przykład takich cytatów dla mężczyzn i kobiet.

Dla Mężczyzn:

„Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.” Mt 11, 12b

„Potem ujrzałem niebo otwarte:

a oto – biały koń,

a Ten, co na nim siedzi, zwany Wiernym i Prawdziwym.

Oczy Jego jak płomień ognia,

Odziany jest w szatę we krwi skąpaną,

A z Jego ust wychodzi ostry miecz.” Z rozdziału XIX Apokalipsy

„Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie

możecie uczynić.” J 15, 5b

„Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka;

Mocy moja, spiesz mi na ratunek!” Ps 22, 20

„Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz,

swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp

na rydwan w obronie wiary, pokory i sprawiedliwości,

a prawica twoja niech ci wskaże wielkie czyny!” Ps 45, 4-5

„Z całą pilnością strzeż swego serca,

bo życie ma tam swoje źródło.” Prz 4, 23

„Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, nie bój się ich, gdyż Pan, Bóg twój, idzie z tobą,

nie opuści cię i nie porzuci.” Pwt 31, 6

„Zbudź się, o śpiący,

i powstań z martwych,

a zajaśnieje ci Chrystus.” Ef 5, 14

„Z całego serca Bogu zaufaj,

nie polegaj na swoim rozsądku.” Prz 3, 5

„On leczy złamanych na duchu

i przewiązuje ich rany.” Ps 147, 3

„Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze

przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi.” Łk 10, 19

„W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą,

byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła.” Ef 6, 10-11

Dla Kobiet:

Albowiem przywrócę ci zdrowie

i z ran ciebie uleczę

gdyż nazywają cię „Odrzuconą”,

o którą się nikt nie troszczy. Por. Jer 30, 17

„Król pragnie twojej piękności:

on jest twym panem; oddaj mu pokłon!” Ps 45, 12

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,

ta, która kocha syna swego łona?

A nawet, gdyby ona zapomniała,

Ja nie zapomnę o tobie.” Iz 49, 15

„Ukochałem cię odwieczną miłością,

dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość.” Jer 31, 3b

„Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym.” Wj 20, 5b

Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana,

królewskim diademem w dłoni twego Boga.

Nie będą więcej mówić o tobie „Porzucona”.

Raczej cię nazwą „Moje w niej upodobanie”,

a krainę twoją „Poślubiona”.

Albowiem spodobałaś się Panu.

Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę,

tak twój Budowniczy ciebie poślubi,

i jak oblubieniec weseli się z oblubienicy,

tak Bóg twój tobą się rozraduje. Por. Iz 62, 3-5

„Dlatego chcę ją przynęcić,

na pustynię ją wyprowadzić

i mówić jej do serca.” Oz 2, 16

„O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja,

jak piękna.” Pnp 1, 15a

„Na krótką chwilę porzuciłem ciebie,

ale z ogromną miłością cię przygarnę.

W przystępie gniewu ukryłem

przed tobą na krótko swe oblicze,

ale w miłości wieczystej

nad tobą się ulitowałem,

mówi Pan, twój Odkupiciel.”Iz 54, 7–8

Jezus podszedł do kobiety i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona

im usługiwała. Por. Mk 1, 31

“Błogosławieni już teraz, którzy w Panu umierają. Zaiste, mówi Duch, niech odpoczną od swoich trudów, bo ich czyny idą za nimi” (Ap 14, 13).

Podczas modlitwy ustnej nie należy się zbytnio przeciążać. Należy ją rozpoczynać od uświadomienia sobie obecności Bożej. Jeżeli zorientujemy się, że – mimo, iż czuwaliśmy nad sobą – na skutek rozproszenia niepostrzeżenie odbiegliśmy myślą od treści modlitwy, nie powinniśmy powtarzać tego, co odmówiliśmy bezmyślnie, jeżeli nie chcemy utracić pokoju ducha. Wystarczy jedynie zatrzymać się, wzbudzić akt skruchy i modlić się dalej. Postępowanie przeciwne wiedzie bowiem do wielu skrupułów, kończąc się na uprzykrzeniu i obrzydzeniu sobie modlitwy ustnej. Jeżeli nasze rozproszenia staną się nagminne, należy pójść im na przekór, odmawiając sobie którejś z dawniejszych wygód.

Na modlitwę wybierajmy taki czas, w którym prawdopodobnie nic nam jej nie przerwie i starannie czuwajmy nad naszymi zmysłami. Mówi się o świętym Karolu Boromeuszu, że nigdy nie odmawiał z pamięci nawet najbardziej znanych fragmentów brewiarza czy mszału, gdyż uważał, że utkwienie oczu w książce i odczytywanie modlitw lepiej usposabia do nabożeństwa.

A jak Bóg wysłuchuje naszą modlitwę? Święty Bernard twierdzi, że wszelka zła modlitwa staje się taką, ponieważ jest nieufna, oziębła, albo zuchwała. Najszybciej bywa wysłuchana modlitwa cicha, zanoszona z głębi serca, następnie o cierpienia, która wymaga pewnej roztropności, wreszcie modlitwa przez wstawiennictwo Matki Bożej, lub – jak radzi święta Katarzyna z Bolonii – za przyczyną dusz czyśćcowych, czy też – co z kolei zaleca święta Teresa od Jezusa – za przyczyną świętego Józefa. Skuteczność naszej modlitwy zależy od tego, czy przywykliśmy do ciągłego obcowania z Bogiem oraz czy się modlimy w duchu czystej i prostej wiary.